GICHIN FUNAKOSHI
Z książki „Karate” – Jerzy Miłkowski (Gichin Funakoshi i „strategia unikania”)
Funakoshi maszerował późnym popołudniem do odległej wioski, gdzie u stryja przebywała jego żona. Był to okres wielkich trudności ekonomicznych i Funakoshi, który przez większą część życia cierpiał biedę, niósł z sobą prawdziwy skarb – nieco ciasteczek manji (pisze o tym okresie, że jedyną słodyczą, jaką znał, była brukiew).
W pewnym momencie drogę zastąpiło mu dwóch zamaskowanych rabusiów. Mieli apetyt na dobytek cenniejszy niż ciastka i z początku bardzo się rozczarowali. Po chwili jednak porzekonali się i do ciastek.
Funakoshi oddał je bez sprzeciwu, w zamian za to dostał życzliwą radę, aby uważał „gdyż na tej drodze pełno jest bandytyów”.
W kilka tygodni później po tym wydarzeniu, na nocnym treningu u Azato i w obecności Itosu, opowiedział obu mistrzom historię, jaka mu się przydarzyła.
Wysłuchali jej w skupieniu i jakby z milczącą aprobatą. Po chwili milczenia małomówny i powściągliwy Azato zapytał – „Rozumiem, że oddałeś im wszystkie manji. Cóż w takim razie zaniosłeś żonie?”
Pytanie nieco zaskoczyło Funakoshiego – spodziewał się bowiem zupełnej aprobaty swojego postępowania. Nieco skonsternowany odparł: „No cóż. Nie miałem manji, więc żonie zaofiarowałem serce przepełnione modlitwą”.
„Ach!” – zakrzyknął uradowany Azato – „Wreszcie zrozumiał, na czym polega karate!” Obaj mistrzowie bili się z radości po udach i cieszyli jak dzieci.
Jak pisze Funakoshi, nigdy przedtem nie widział ich tak usatysfakcjonowanych.
NAUKA SZERMIERKI
„W niewielkiej wiosce, w prowincji Iga, żył niejaki Matajuro. Od dzieciństwa marzył o karierze mistrza szermierki.
Jego ojciec, sterany wojnami samuraj, nie popierał tego pomysłu uważając, że Matajuro nie jest dość szybki. Jednakże wobec ciągłych próśb i uporu chłopca wyraził w końcu zgodę na podjęcie nauki.
Matajuro trafił do znanego w okolicy mistrza szermierki – Tanami Banzo.
Po wielu dniach oczekiwania doczekał się wreszcie audiencji. Banzo okazał się być skromnym i raczej małomównym człowiekiem, zatopionym we własnych myślach, sprawiającym wrażenie roztargnionego.
Mistrzu - rzekł Matajuro po wymianie ceremonialnych grzeczności – chciałbym opanować sztukę miecza. Muszę jednak wyznać, iż mam starego ojca, któremu winien jestem opiekę w ostatnich latach życia. Przyjdzie czas, że będę musiał do niego wrócić. Powiedz proszę, ile czasu zajmie mi nauka?
- Dziesięć lat.
- A gdybym… gdybym został twoim służącym… był przy tobie ciągle… pomagał we wszystkim…?
- Z trzydzieści lat chyba wystarczy… – Zamyślił się Banzo.
- Jak to? – zdumiał się Matajuro – Wybacz Panie, lecz chyba zostałem źle zrozumiany. Chodziło mi o to, że nie będe tylko ci służył, lecz również trenował dzień i noc. Dam z siebie wszystko! Nie muszę spać ani jeść, będę bez przerwy ćwiczył! Jak długo muszę ćwiczyć przy takim natężeniu pracy?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Banzo odwrócił się i wolno odszedł, kiedy już znikał za drzwiami, zrozpaczony Matajuro zawołał:
- Mistrzu! Ile lat?
- Siedemdziesiąt – rzucił zza drzwi Banzo. Człowiek w pośpiechu uczy się bardzo wolno…”
MISTRZ
Z książki „Okinawskie Kobudo” – Krzysztof Piech („Moralność Karate”)
W czasie II wojny światowej w Osace, ludzie wybiegli, aby zobaczyć co się dzieje. Zobaczyli siedmiu pijanych Amerykanów, bijących jednego Japończyka. Leżał on na ziemi, obficie krwawiąc.
- Pomóżcie mi – zajęczał.
Nikt nie wykonał ruchu. Japonia właśnie zakończyła wojnę i mieszkańcy Osaki bali się zemsty okupantów, gdyby zainterweniowali. Patrzyli bezsilnie na masakrowanie człowieka.
Nagle ktoś rozepchnął pijanych na bok i powiedział:
- Zabierzcie tego człowieka do szpitala, szybko. Później odwrócił się twarzą do pijaków. Pijacy wrzasnęli z wściekłości i zaatakowali samarytanina. Bili go i szarpali. Próbowali obalić go na ziemię i skopać, ale im się to nie udało.
Krwawił mocno z nosa, a mała strużka krwi ściekała mu do ust. Poza tym nigdzie nie był zraniony. Stał spokojnie i patrzył, jak siedmiu ludzi obija jego ciało.
Dlaczego się nie broni? Widać, że mógłby to zrobić. Równie dobrze mogliby walić w pień dębu. Wyglądają jak dzieci drepczące wokół dorosłego człowieka – szeptali ludzie między sobą.
Jeden po drugim pijacy przekonywali się, że nie są w stanie zrobić nic temu człowiekowi. Zrozumieli, że przegrali. Mężczyzna uśmiechnął się gdy mówił:
- Nie uważacie chłopcy, że zabawa się skończyła? Idźcie do domu.
Przestali go bić i wolno rozstąpili się. Nie mogli oderwać od niego oczu. Ogarnął ich nagle strach i rzucili się do ucieczki.
Mężczyzna, który był workiem treningowym dla tych ludzi, spokojnie otarł krew cieknącą z jego nosa i skłoniwszy się odszedł.
W tłumie młody człowiek, który obserwował całą scenę, odwrócił się do starego człowieka stojącego obok i powiedział:
- Poznałem go. To sensei karate. Przecież mógł pokonać tych siedmiu. Zastanawiam się, dlaczego pozwolił się bić?
- Widziałeś przykład moralności karate. On wiedział, że tych siedmiu może zabić człowieka, którego bili. Pozwolił im pobić siebie i wyładować swoją wściekłość, ponieważ potrafił przyjąć ich ciosy.
Osiągnięcie samo doskonałości jest ważniejsze dla wojennego artysty, niż fizyczne i techniczne umiejętności. Aby osiągnąć mistrzostwo w kata, potrzebna jest wiara, wytrwałość i ciężka praca. Jeśli ktokolwiek praktykuje kata, to ich pierwszy i ostatni ruch powinien przypominać mu o „karate ni sente nashi” („Karate nie jest formą agresji”) . W karate jest to ustawicznie podkreślane.
TRZEJ SYNOWIE
Z książki „Okinawskie Kobudo” – Krzysztof Piech
Dawno temu, żył Wielki Mistrz, który został zaproszony do odwiedzenia domu, innego Mistrza tej samej sztuki walki. Ci dwaj sensei, rozmawiając i popijając herbatę, wspominali swą młodość i swoje wielkie wyczyny. Rozmowa stopniowo zeszła ku ich rodzinom i postępom jakie czynią ich synowie.
Gospodarz miał trzech synów, którzy poświęcili swoje życie dla osiągnięcia mistrzostwa we władaniu mieczem, tak jak robili to ich przodkowie. Bardzo chciał pokazać przyjacielowi ich zdolności, ale równocześnie dać synom lekcję.
Ostrożnie niczym kot, wziął ciężką wazę z alkowy w ścianie i umieścił ją ponad rozsuwanymi, uchylonymi drzwiami, którymi wchodziło się do pokoju. Waza była w takiej pozycji, że jeśli się drzwi otworzyło, spadała na głowę wchodzącego.
Z błyszczącymi oczyma, obaj Starzy Mistrzowie wrócili do picia herbaty i swojej rozmowy. Byli bardzo cierpliwi i mieli jeszcze wiele do przedyskutowania.
Po pewnym czasie, Wielki Mistrz zawołał swojego najstarszego syna. Naturalną rzeczą jest to, że natychmiast usłyszał wezwanie ojca i szybko stanął przed drzwiami. Dało się zauważyć prawie niedostrzegalną pauzę. Syn spokojnie odsunął drzwi prawą ręką i wszedł, wznosząc jednocześni lewą rękę ku górze. Chwycił ciężą wazę zanim zaczęła spadać, a następnie obrócił się w kierunku pokoju, unosząc ją nad głową. Pięknym gestem zsunął drzwi i umieścił wazę w jej dawnym położeniu. Następnie bez słowa i zbędnego gestu, ukłonił się z szacunkiem Starym Mistrzom.
Twarz ojca promieniała, kiedy dokonywał prezentacji mówiąc: „To jest mój najstarszy syn”. Jego stary przyjaciel długo patrzył w oczy chłopca, a potem uśmiechając się szeroko i wykonując ukłon w stronę przyjaciela rzekł: „Jestem bardzo szczęśliwy. On nauczył się wszystkiego bardzo dobrze i stał się Mistrzem Miecza. Jest wart twojego nazwiska”. Teraz ojciec i syn odkłonili się, a w oczach Starego Mistrza stanęły łzy, kiedy dowiedział się, że jego przyjaciel nazwał syna M i s t r z e m .
Po niedługim czasie ojciec zawołał znów, tym razem wzywając średniego syna, który także odpowiedział szybko. Podszedł on do drzwi i natychmiast je otworzył. Kątem oka spostrzegł spadającą wazę. Jego działanie było szybkie i celowe: zwinnie usunął się w bok, chwytając wazę w ramiona. Jego zaskoczone oczy przebiegły po pokoju, patrząc pytająco na wszystkich. Grzecznie stłumił instynktowną chęć okrzyku lub pytanie, odwrócił się do drzwi, zamknął je i po chwili wahania umieścił wazę w jej poprzedniej pozycji. Ukłony zostały wymienione, a ojciec przedstawił go tymi słowy: „To jest mój drugi syn. Nie umie jeszcze zbyt wiele, ale uczy się pilnie i staje się każdego dnia coraz szybszy i lepszy”.
Gość uśmiechnął się, ukłonił im obu i odrzekł: „Rozwija się on doskonale i umie dużo. Pewnego dnia stanie się dla ciebie źródłem chluby”.
Przez kilka minut, nic nikt nie mówił, myśląc o tym co powiedział Mistrz i co się wydarzyło. Gospodarz poruszył się i dolał herbaty do czarki przyjaciela. Obaj wypili w milczeniu. Potem odstawiwszy czarkę z lekkim stuknięciem, Stary Mistrz klasnął w ręce i zawołał najmłodszego syna.
Jak to często bywa z najmłodszymi, był on nieco powolny w reagowaniu na wezwanie ojca. W ostatniej chwili, próbował nadrobić swoją powolność przebiegając ostatni odcinek drogi. Kiedy odsunął drzwi i wkroczył do pokoju, ciężka waza spadła mu na głowę, zadając silny cios. Po uderzeniu waza odbiła się, a w tym momencie najmłodszy syn obrócił się szybko, wyjął miecz z pochwy i przeciął wazę na połowę, zanim upadła. Chłopiec schował swój krótki miecz i uśmiechnął się do wszystkich szczęśliwie, lecz w sposób nieśmiały i z zażenowaniem: „To jest mój najmłodszy syn”, powiedział Stary Mistrz z niedwuznacznym, udawanym uśmiechem. „Jak widzisz, musi się on jeszcze długo uczyć”.
- Masz rację odpowiedział przyjaciel. Jednak jest bardzo szybki i silny.
W czasie tego popołudnia, gość rozmawiał ze wszystkimi trzema synami, pytając ich o szkoły i nauczycieli. Na przemian żartował i mówił poważnie, a chłopcy byli tak zafascynowani gościem, że zanim spostrzegli; zapadł zmrok i gość wstał, przygotowując się o wyjścia.
Ponieważ w zwyczaju było dawać przyjaciołom mały podarunek, zanim odejdzie się z ich domu, Mistrz dał znak synom. Najstarszy ukłonił się bardzo nisko i otrzymał piękną złotą szpilkę z małym diamentem. Stary Mistrz patrzył długo w jego oczy, ale nie powiedział nic.
Młodszy syn dostał ciężką księgę, oprawioną w czerwoną skórę. Mistrz powiedział: „Stronice tej księgi są niezapisane, tak jak niezapisane są stronice twego życia. To co na nich napiszesz, zależy od ciebie”.
Najmłodszy syn otrzymał piękny, srebrny zegarek kieszonkowy. Mistrz powiedział mu: „Jeżeli chcesz się uczyć, musisz zacząć od doceniania czasu, kiedy będziesz to umiał, nigdy nie będziesz go marnował. Nawet kiedy nie będziesz nic robił”.
Dwaj starzy sensei uścisnęli się i honorowy gość odszedł, pozostawiając po sobie równocześnie smutek i pogodę ducha.
WIELKOŚĆ ZNACZENIA KATA
Z książki „Okinawskie Kobudo” – Krzysztof Piech („Moralność Karate”)
Pewnego razu był sobie człowiek. Nazwijmy go Kuwanda.
Kuwanda rozpoczął swój trening sztuk wojennych z zamiarem stania się postrachem wszystkich ludzi. Ale wkrótce stwierdził, że jego transformacja w mistrza, wymaga dłuższego czasu.
Zniechęcony nieustającym treningiem kata, Kuwanda spytał swojego sensei:
- Kiedy w końcu stanę się mistrzem? Nie robimy nic tylko kata i ciągle tylko kata i kata, codziennie.
Kiedy sensei nie dał mu żadnej odpowiedzi, Kuwanda poszedł do asystenta i zadał mu to samo pytanie. Ten odpowiedział:
- Trening kata jest przeznaczony do wypolerowania twojego umysłu. Lepiej jest ogolić twój umysł niż głowę. Rozumiesz?
Kuwanda nie zrozumiał i aby zaprotestować opuścił dojo, rozpoczynając swoją karierę najlepszego ulicznego wojownika w Shuri. Był on silnym człowiekiem. „Walka w nocy” – to było motto Kuwandy i często chełpił się tym, że nie boi się żadnego człowieka.
Pewnej nocy, Kuwanda zobaczył nieznajomego człowieka, Który szedł wolno wzdłuż kamiennej ściany. Zirytował go jego spokój. Przeszedł szybko na drugą stronę ulicy i czekał, kiedy przejdzie on obok niego.
Kiedy człowiek się zbliżył, Kuwanda wyskoczył z cienia i wykonał mocny cios, ale mężczyzna uniknął go i złapał chłopaka za ramię. Przyciągnął Kuwande do siebie i spojrzał mu prosto w oczy. Kuwanda próbował uwolnić się, ale nie był w stanie.
Później Kuwanda zdał sobie sprawę, że człowiek ten był Mistrzem kata, wojennym artystą, który nigdy w swoim życiu nie podejmował walki.
RYBAK
Z książki „Okinawskie Kobudo” – Krzysztof Piech („Moralność Karate”)
Podczas okupacji Okinawy przez klan Satsuma, japoński samuraj, który pożyczył pieniądze pewnemu rybakowi, wybrał się pewnego dnia do prowincji Itoman, gdzie mieszkał jego dłużnik. Biedny rybak, nie będący w stanie spłacić tego długu, uciekł i próbował ukryć się przed samurajem, który był znany ze swojej porywczości. Samuraj przyszedł do jego domu i nie zastawszy go tam, zaczął przeszukiwać miasto. Kiedy jego poszukiwania nie przyniosły rezultatu, samuraj wpadł we wściekłość. W końcu o zmroku, znalazł go ukrytego pod skalnym urwiskiem. Wściekły, wyciągnął swój miecz i wrzasnął – Co masz mi do powiedzenia?
Rybak odpowiedział:
- Zanim mnie zabijesz, chcę ci coś oświadczyć. Czy spełnisz moją prośbę?
Samuraj powiedział:
- Ty niewdzięczniku. Pożyczyłem ci pieniądze, kiedy ich potrzebowałeś i dałem ci rok na zwrot długu, a teraz w taki sposób mi się odpłacasz?Mów szybko zanim zmienię zdanie.
- Przepraszam – powiedział rybak – Chcę ci powiedzieć, że właśnie rozpocząłem naukę sztuki pustej ręki, a pierwszą rzeczą, której się nauczyłem jest przykazanie: „Jeśli wysuwają się twoje ręce, powstrzymaj swój temperament; jeśli tracisz cierpliwość, powstrzymaj swoje ręce”.
Samuraj był zdumiony tym, co usłyszał z ust prostego rybaka. Schował miecz do pochwy i powiedział:
- Tak masz rację. Ale pamiętaj, że wrócę za rok od dzisiaj i lepiej miej pieniądze. Powiedziawszy to odszedł.
Była noc, kiedy samuraj wrócił wreszcie do domu. Nagle zobaczył promień światła wybiegający z jego sypialni, przez lekko uchylone drzwi. Zajrzał do środka i zobaczył śpiącą żonę, obok której leżał jakiś ludzki kształt. Zawrzał z wściekłości, kiedy zorientował się, że jest to samuraj.Wyciągnął miecz i ostrożnie zbliżył się do drzwi. Podniósł miecz do góry i już był gotowy do wejścia, kiedy przypomniał sobie słowa rybaka.
- „Jeśli wysuwają się twoje ręce, powstrzymaj swój temperament; jeśli tracisz cierpliwość, powstrzymaj swoje ręce”.
Cofnął się do wejścia i głośno powiedział:
- Już wróciłem. – Jego żona wstała, otworzyła drzwi i wyszła razem z jego matką, która jej towarzyszyła. Matka miała na sobie jego ubranie.
Rok szybko minął i przyszedł ustalony dzień. Samuraj znów podjął swoją podróż. Rybak na niego czekał i kiedy zjawił się, wybiegł mu naprzeciw i powiedział:
- Miałem dobry rok. Tutaj jest to, co ci byłem winien. Nie wiem jak ci dziękować.
Samuraj położył ręce na barkach rybaka i powiedział:
- Zatrzymaj pieniądze. Nie jesteś mi nic winien, ale raczej ja tobie.


